NieZły, niepokorny i w kolorowych skarpetkach

Słynny warszawski „hipster” z pierwszej połowy dwudziestego wieku, popularyzator jazzu, dżentelmen PRL-u w niekonwencjonalnym stroju, rocznik 1920, pisarz na cenzurowanym, odsunięty przez ówczesny świat literacki, emigrant. Bezkompromisowo lekceważący komunizm i obowiązujący styl życia, ostentacyjnie hołdujący kulturze zachodniej. Dla przyjaciół Lolek, Poldek, Lopek, Loluś, Lo, dla bezpieki „Pióro”, „Baron”. O kim mowa?

Pasjonaci dobrej literatury, muzyki i filmu na pewno rozpoznają autora kultowego kryminału i osobliwego przewodnika po stolicy, znawcę powojennego warszawskiego półświatka. Słowo kluczowe – Zły działa na skojarzenia. Przywołuje od razu głośnego ostatnio „Pan T.” z X muzy w reż. Marcina Krzyształowicza (2019). Wiadomo, że to Leopold Tyrmand, autor „Złego”, któremu przyszło żyć w niezbyt przychylnej szarej rzeczywistości PRL-u. Powróćmy do jego twórczości, nie tylko dlatego, że wypada setna rocznica urodzin pisarza i z tej okazji świętujemy tzw. Rok Tyrmanda. To autor ponadczasowy, wybitny intelekt, świetny obserwator, pisarz stłamszony literacko i osobowościowo przez system. Jego debiut książkowy, „Hotel Ansgar” (1948), został wycofany z obiegu. Sam autor tak zanotował w „Dzienniku 1954”:

Na okładce miał akowską „kotwicę”, toteż w początkach stalinizmu, gdy czyszczono biblioteki z nie takich jak trzeba książek, spalono i moją, prawie cały nakład, właśnie za tę okładkę. To były głupie i niezdarne nowele, płytkie, wesołe i niezgrabnie napisane. O wojnie z humorem. Recenzje były raczej przychylne, jak to za debiut. Zaznaczono, że mam talent. Po czym skończyła się ludowa demokracja i zaczął stalinizm, i talent był za mało do wydawania książek.

Może warto spełnić marzenie pisarza znalezione w wydanym pośmiertnie „Alfabecie Tyrmanda” (2020):

„Pomiatali mną w moim kraju w sposób fatalny. I co takiego uczyniłem, że tak mną gardzili? Napisałem książkę, którą chcieli przeczytać wszyscy – i ci, którzy się z niej ucieszyli, i ci, którzy pomiatali. W zamian za to, że napisałem, ci, którzy się na tym znają, odmówili mi tytułu pisarza. To samo powiedzieli o mnie inni pisarze. Postanowili, że odtąd nie będzie mnie w ich antologiach i wyobrażeniach o literaturze. Nic nie mogę na to poradzić. Mogę żywić tylko cichą nadzieję, że kiedy ich nazwisk nawet nie będą już rozeznawać bibliotekarze, ja będę ciągle czytany na plażach i z kaset szkolnych.

Wróćmy do jego utworów, „życia towarzyskiego i uczuciowego”. Sporo nowych ciekawych tytułów pojawiło się na polskim rynku wydawniczym. Choćby „Przekrój Eilego. Biografia całego tego zamieszania z uwzględnieniem psa Fafika” Tomasza Potkaja (2019), tam rozdz. o Tyrmandzie, który „pojawia się i znika”. Przypomnę, że przez jakiś czas należał do zespołu „Przekroju”, póki z niego nie wyleciał z hukiem. Dużo dla niego pisał, nawet o swoim ukochanym jazzie, który z czasem stał się tematem zakazanym. Są kolejne biografie, wzmianki w różnych opracowaniach. Niezwykły „Portret mężczyzny w czerwonych skarpetkach” można odnaleźć w „Zorzach wieczornych” Tadeusza Konwickiego. Warto zajrzeć do „Alfabetu Tyrmanda”, by przekonać się jak zapamiętał pisarzy i ludzi władzy, poznać jego poglądy na peerelowską rzeczywistość. I odwrotnie. W alfabecie czy abecadle jego przyjaciół odnajdujemy piękne zapisy i wspomnienia – Stefan Kisielewski, Ludwik Jerzy Kern, Ryszard Matuszewski. Leopold Tyrmand to artysta, który budził u jednych podziw, u innych złość. W ocenie ówczesnych, swoim odważnym nieszablonowym strojem dawał wyraz manifestacji politycznej. Jego słynne kolorowe skarpetki, gdy wszystko wokół było szare, przeszły do historii. Zaskakujący też jest „Tyrmand warszawski”, zakochany szczerze w stolicy, gotów przysięgać, że „wiosna warszawska nie ma równej sobie i że nic w świecie nie da się zestawić z zapachem wiosennego powiewu od strony Wisły ani z rozedrganym, wiosennym powietrzem w pokrytych soczystą zielenią Łazienkach…”. Dalej okropne rozczarowanie i troska o ukochane miasto: „Co tu dużo mówić – Warszawa jest w tej chwili bardzo brudnym miastem. Brudnym i niechlujnym. Tu nie wystarczy jeden czy dwa apele o czystość…”. Ciekawe, że po tylu latach problem wciąż aktualny w niektórych miastach i miasteczkach…

Mili czytelnicy, to nie wystawa, lecz zaproszenie na spotkanie z Leopoldem Tyrmandem, intrygującym artystą i buntownikiem, kontestatorem, utożsamianym z bikiniarzami – pierwszą powojenną subkulturą, barwną postacią dużego formatu. Właśnie jemu w dużym stopniu zawdzięczamy powstanie pierwszych festiwali jazowych w Polsce i ukazanie się jednej z pierwszych u nas publikacji na temat tej muzyki „U brzegów jazzu” (1957).

Książki uzupełniające informacje o publicyście porozkładane są w różnych miejscach w wypożyczalni PiMBP, tak by zaintrygować każdego czytelnika, nie tylko fanów jego pisarstwa. Nawet jest „kolumna” Tyrmanda. Można poczytać na miejscu

Ten niezwykły autor wciąż przyciąga uwagę. To ikona stylu, legenda pokolenia, pisarz, publicysta, scenarzysta, teoretyk, miłośnik i popularyzator jazzu, nawet aktor i autor sprzedawany spod lady, szczery do bólu w swych wypowiedziach, jeden z kultowych bohaterów poprzedniej epoki. I jest całkiem nieZły do czytania. Warto się przekonać. Polecamy serdecznie i zapraszamy do wypożyczalni kłodzkiej biblioteki. Niezły, niepokorny Tyrmand w kolorowych skarpetkach czeka na kulturalną dysputę…


Mariola Kowalcze