ROZSMAKUJ SIĘ W LITERATURZE

W ramach XVII Tygodnia Bibliotek – ZASMAKUJ W BIBLIOTECE rozpoczynamy cykl: ROZSMAKUJ SIĘ W LITERATURZE, w którym będziemy prezentować wątki kulinarne w prozie zaprzyjaźnionych z biblioteką autorów m.in. Agnieszki Urbańskiej, Lidii Amejko, Tomasza Duszyńskiego, Macieja Bobuli, Łady Ponikowskiej i Marty Zilbert, Tomasza Pawlęgi.
Dziś zaprezentujemy wrocławską pisarkę Lidię Amejko i fragment z jej książki “Żywoty świętych osiedlowych”.
Lidia Amejko (ur. 2 września 1955 we Wrocławiu) – polska pisarka i dramatopisarka. Pisarska kariera Lidii Amejko rozpoczęła się w latach siedemdziesiątych od napisania słuchowiska „Gdy rozum śpi – włącza się automatyczna sekretarka”. „Rzecz o gadaniu”, a także w sztukach: „Męka Pańska w butelce” i „Dwadrzewko”. Pierwsze opowiadanie ukazało się drukiem w 1987 r. na łamach miesięcznika „Odra” – tekst opublikowany jako rzekomy odnaleziony tekst Jorge Luisa Borgesa. Od 1993 r. zamieszcza swoje dramaty na łamach miesięcznika „Dialog”.Przełom w karierze Amejko przyniósł napisany w 1996 roku dramat „Farrago” Został on zekranizowany w Teatrze Telewizji z Cezarym Pazurą w roli tytułowej. Za „Głośne historie” otrzymała w 2004 nominacje do Nagrody Literackiej Nike. Za książkę „Żywoty świętych osiedlowych” otrzymała w 2008 nominację do Nagrody Literackiej Nike oraz nagrodę „Srebrny Kałamarz im. Hermenegildy Kociubińskiej”.
Więcej informacji na stronie www.amejko.pl

LEGENDA NA DZIEŃ SŁUGI BOŻEGO BEZSENNEGO

O nocy wiedział wszystko
Najpierw była mleczną pulpą: zapadał się w nią cały, nie wiadomo jak i kiedy, a sny zatopione tam przez kogoś same wpływały mu do otwartych ust.
Potem stała się morzem. Ciemnozielony brzeg SAM zbliżał się do niego ( jak trudno mu dzisiaj w to uwierzyć!), i nagle wielka fala zmywała go z jasnej plaży – pflum! Płynął w sennej głębinie razem z jednorożcem, o którym przed chwilą opowiadała mu matka.
A jeszcze później noc zrobiła się twarda i mała, jak czekoladowy cukierek na poduszce przy końcu dnia. Teraz już nic nie działo się nagle i długo musiał czekać, aż twardy kontur nocy rozpuści mu się na języku. Tak czy siak, szklista skorupka pękała w końcu i wpadał do miękkiego wnętrza. Rano zwykle nie pamiętał sennego nadzienia, chociaż przez cały dzień czuł w sobie jego smak.
Najważniejsze, że ciągle mógł się nasycić nocą – nie tak, co prawda, jak mleczną pulpą pierwszych dni, ale przecież rano budził się rześki, wstawał szybko, patrzył w lustro, uśmiechał do siebie i mówił: Tak, to była bardzo DOBRA noc!
A potem nagle się zestarzał i noc stała się taflą przypalonego karmelu rozlaną nad Osiedlem.
Litą i twardą, bez wnętrza, w które można by się zapaść. Z krawędzią ostrą, jak szkło.
Ze strachem kładł się na wersalce i godzinami myślał: jak ją napocząć?
Nie wiedział, jak ma ukruszyć brzeg nocy, więc podchodził ostrożnie, (nie myśl!), potem zawracał (myśl o czymś przyjemnym!), wzdychał – i znów próbował podejść.
Wiedział na pewno, że sen, twardy, jak orzech, tkwi gdzieś pośrodku karmelowej tafli, ale on nigdy do niego nie dotarł.
– Sen jest cudem! – myślał. – Deszcz mirakli spada na ludzi każdej nocy, zwłaszcza w Chinach! (Myślenie o śpiących Chińczykach dawało mu nadzieję)
Ześlij mi, Panie, senną mamałygę! – błagał. Niech będzie ohydna w smaku i cuchnąca! Daj chociaż kroplę… raz na jakiś czas.
Ale cud się nie zdarzał. I Chińczycy już mu nie pomagali.
Więc szedł do kuchni i brał tabletkę, którą przepisał mu doktor. To dzięki niej mógł odłupać pierwszy kawałek nocy. Chociaż nie smakowała mu karmelowa tafla (nie lubił zapachu spalenizny ani brunatnego koloru), chwilę trzymał ją w ustach, ale kiedy już-już miała mu się rozpuścić na języku, szklisty okruch nagle utykał w gardle i nie dawał się przełknąć. Cóż było robić! Wstawał, do kuchni szedł, brał następną tabletkę i popijał wodą – mozolnie kruszył noc na coraz mniejsze kawałki, a z każdej okruszyny wysysał krótki, mdły sen.
Coraz słabszy się robił, bo mu brakowało nocnego pokarmu.
Do Dormidora po sen poszedł, ale Dormidor snów wolnych w ogóle nie miał, bo on tylko na tym pracował, co mu ludzie przynieśli.
Potem Fabułę prosił, żeby ona noc w noc do niego przychodziła, sny mu jakieś zmyślone opowiadać, skoro własnych nie miał – ale Fabuła zawalona była robotą, i już po dzienniku leciała z nóg.
Z Fistulką, owszem,o bezsensie bezsennego żywota lubił sobie przez domofon pogadać nocą, ale potem, wiadomo, Fistulka od zająca zginął i cisza się zrobiła w domofonie.
Bezsenny minął rok i drugi, na trzeci się zanosiło, aż tu razu pewnego anioł z czarnymi skrzydłami stanął przed nim i mówi:
Oj, ty stary, stary! Taki stary a nie wie, że noc żadnym budyniem nie jest, ani cukierkiem, czy karmelową skrzepliną! – ( i taką minę zrobił jakby mu się na pawia zbierało.)
A czym? – spytał Bezsenny
Czarnym szampanem, stary! – i roześmiał się anioł i biodrami zakręcił (Brasil! Brasil!) Popróbuj nocy, a tak do głowy ci uderzy, i kołysać cię będzie zanim twardego świtu pod stopami nie poczujesz. Mówię ci, człowieku!
No to posmakować tej nocy zapragnął Bezsenny.
Okąpał się wpierw, elegancko ubrał w garnitur czarny, krawat srebrzysty, a z kuchni kieliszek przyniósł na długiej nóżce, przetarł go, na parapecie postawił i niecierpliwie czekał, aż się wypełni nocą.
Potem kieliszek wziął do ręki, przez chwilę patrzył, jak się w nim gwiazdy iskrzą niebieskawymi bąbelkami, wstał, chrząknął i toast sobie pomyślał – jaki, to chyba nie muszę wam mówić!
Przechylił.
Wypił.
O mało księżyca nie połknął, któren leżał na dnie.
Noc wlała się w niego snem czarnym i mocnym, że na własną śmierć się nie obudził! Musieli go anieli śpiącego na Sąd przenieść, śpiącego w Raju ułożyć – śpi on tak do tej pory, bo odespać się nie może.
A Pan Nasz, co od wieczności czuwa nad nami i nie wie, co to sen, patrzy na niego z zazdrością i zmęczony ziewa ( od tego trąby powietrzne robią się na Ziemi!). Aniołów posyła do wszystkich diabłów, żeby Mu filiżankę kawy szatańskiej, smolistej przynieśli, a kapucyn jeden, którego Nasz Pan specjalnie do tego w Niebie trzyma, kawę ową pianką z chmur mu zabiela i cynamonem posypuje.
Świętym patronem Bezsenny został tych, co zasnąć nie mogą. Ale go prośbami swoimi nie budźcie! Sami sobie radźcie, kurdebalans!
A wy, co chybnięciem jednym na senną stronę spadacie każdej nocy – o cudzie tym niebywałym pomyślcie!